Nie mówcie tym, którzy stracili ukochanych,
że czas zagoi rany,
nie mówcie, że oni już nie cierpią,
najlepiej nie mówcie nic...
Czas tych ran nie leczy.
Pozostają, bo śmierć ukochanych
jest też trochę śmiercią nas samych...
coś w nas umiera,
żyjemy, ale nic nie jest tak
jak było przedtem,
już nie jesteśmy tacy sami..
|
|
2012-01-13
Relacja PACJENT - LEKARZ
|
Miejsce:
Szpital kliniczny, gdzie każdy z lekarzy jest specjalistą w swojej dziedzinie.
DZIEŃ I:
Przychodzi pan doktor, prosi na rozmowę... Dżentelmen w każdym calu - otwiera dzwi, przepuszcza pierwszą... po drodze wypytuje o samopoczucie. Mając na uwadze mój stan nie pozwala mi przejść całego oddzału i zaprasza dwa pomieszczenia dalej... odsuwa krzesełko...
Po skończonym wywiadzie cierpliwie odpowiada na moje pytania, rozwiewa wątpliwości, podkreśla istotne kwestie.
Wracam do pokoju usatysfakcjonowana. Nie czuję się jak pacjentka, jak kolejna z wielu, ale jak kobieta w ciąży, która wymaga fachowej opieki.
DZIEŃ II:
Badanie USG... duszno... słabo... Zaniepokojona mina pana doktora, który widzi, że czuję się nie najlepiej. Pyta czy wszystko ok i czy nie chcę przerwać badania. Ta troska wprawia mnie w zakłopotanie, bo pierwszy raz coś takiego mnie spotyka. Zapewniam, że dam radę... proszę tylko o otwarcie okna na co pan doktor zrywa się z fotela i w wielkim pośpiechu umożliwia mi dopływ świeżego powietrza.
Tutaj zapisy KTG są cztery razy dziennie.
DZIEŃ III:
Dzień wypisu ze szpitala. Rozmowa i krótkie zalecenia pani profesor. Zanim jednak zostanę puszczona do domu obowiązkowo muszę przyjąć swoją porcję leków, które przynosi położna.
Miejsce:
Miejscowy szpital powiatowy.
DZIEŃ I:
Zjawiam się na izbie przyjęć ze skierowaniem od lekarza prowadzącego... czekam... w między czasie mężczyzna obok ma zawał - reanimują, obok matka dwulatka rozpacza, bo lekarz powiedział jej, że dziecko ma POGRUCHOTANĄ (DOSŁOWNIE!!) czaszkę...po 45 minutach zjawia się położna by zabrać mnie na oddział. Sama dzwigam moją ciężką torbę. W windzie muszę wysłuchać monologu tej kobiety o głupocie mojego lekarza, ponieważ do terminu mam jeszcze miesiąc i ona nie widzi powodu dla którego tutaj jestem, dalej słytszę, że nie potrafię odróżnić upławów od czopu...
Czuję się jak natrętna mucha, która budzi nas nad ranem krążąc nad uchem i nie daje pospać, którą trzeba niezwłocznie uderzyć packą bo inaczej się nie odczepi.
DZIEŃ II:
Idę do dyżurki i proszę o zrobienie zastrzyku. Notabene zastrzyku, którego zabrałam ze sobą, bo wiem z doświadczenia, że na oddziale nie posiadają. Nie dość, że mam swoje prywatne lekarstwa to muszę grubo się tłumaczyć po co, na co, dlaczego! Taka sytuacja ma miejsce za każdym razem w tym szpitalu, każdego dnia od nowa.
Wieczorem idę na zapis KTG, który tutaj robiony jest tylko dwa razy dziennie. Przypada mi sala porodowa, na której rodziłam Zuzię... na sali obok rodzi dziewczyna...drzwi otwarte szeroko... zatykam uszy by nie słyszeć... powracają wspomnienia sprzed dwóch lat...
DZIEŃ III:
Rozmowa z lekarzem podczas badania:
lekarz:
- TAMTO (!!! moje dziecko to tamto!!) to było owinięcie pępowiną.
JA w szoku! Nie mogę z siebie nic wydusić...
- Przyczyną śmierci było owinięcie pępowino a na to wpływu nie ma nikt. NAwet robienie pani KTG codziennie nie zagwarantuje, że się nie owinie. Może mieć pani robione KTG a po godzinie dziecko już może nie żyć.
Wracam do pokoju i w głowie mi huczy... dlaczego dopiero teraz... to co mam niereagować i czekać w domu na nie wiadomo co! Co to w ogóle za komunikacja z pacjentem! Jak można kobiecie w ciąży powiedzieć, że jej dziecko może umrzeć w każdej chwili i na to nie można nic poradzić!!!
Dostaję wypis, na którym nie ma ani jednego zdania na temat mutacji czynnika V Leiden zupełnie jakby nie miało to żadnego znaczenia! W tym szpitalu w ogóle nie biorą tego pod uwagę, a przecież gdyby to było takie nic to czy w Poznaniu skakali by tak nade mną jak nad jajkiem. Chyba nie!
Sama już nie wiem, czy to ja jestem już tak przewrażliwiona, czy to z tymi lekarzami jest coś nie tak!
|
|
Wasze myśli...:
1
|
|
2011-12-20
|
Sobota.
Początek 32 tygodnia.
Godzina trzecia nad ranem. Silny, tępy ból podbrzusza, który zaczyna promieniować. Niby puszcza by po chwili znów się nasilić.
Godzina 4.30 skurcz nieco mniejszy, ale trwa nadal. W końcu po chwili wahania decyzja by
jechać do szpitala.Na szczęście torba już dawno spakowana. Od chwili gdy w zeszłym miesiącu miałam maraton szpitalny tzn. jednego dnia wyszłam ze szpitala by następnego dnia trafić ponownie do innego, juz się nie rozpakowałam, tak na wszelki wypadek.
Bałam się, że na oddziale mnie wyśmieją. Powiedzą, że panikuję i odeślą do domu. Trudno! Mój spokój i zdrowie mojego jeszcze nienarodzonego dziecka jest dla mnie najważniejsze.
Myliłam się. Potraktowali mnie poważnie, zrobili badania i choć KTG nie wykazało ani jednego
najmniejszego skurczu zatrzymali na obserwacji i mimo wszystko nie chcieli puścić do domu.
Nie chciałam leżeć w szpitalu przez święta. Po Nowym Roku i tak znów jadę do kliniki. Tam
mogę już zostać do rozwiązania. Mam nadzieję, że przez te dwa tygodnie nic złego się nie wydarzy. Może i lepiej by było zostać w tym szpitalu, przynajmniej codziennie miałabym
robione KTG a to mnie bardzo uspokaja. Poza tym żadnych korzyści. Nawet leków dla mnie nie
mają. By zrobili mi zastrzyk musiałam chodzić i się prosić. Żadna sie nie zainteresowała czy
mam leki, czy nie mam, czy wzięłam, czy nie wzięłam... zero zainteresowania pod tym względem.
Wszystkich którzy mnie odwiedzają proszę o duchowe wsparcie. Dwa tygodnie to sporo czasu,
trzymajcie kciuki by przez ten czas nic się nie wydarzyło. Im wyżej jestem w ciąży tym
bardziej się boję. Czasem dopadają mnie tak czarne myśli, choć wcale tego nie chcę, ale po
tym co przeszłam czasem trudno myśleć pozytywnie. Zwłaszcza gdy mały leniuszek nie chce
kopać i wszystko boli. Musimy jeszcze wytrwać co najmniej pięć tygodni. Dłużej pewnie nie
damy rady. Poza tym nie wiem co uważają w klinice, ale lekarz prowadzący usilnie sugeruje
cięcie cesarskie. Wątpliwości ma tylko co do odpowiedniego terminu. By nie za wcześnie i nie
za późno. Boi się, że gdy będziemy czekać do samego końca to może dojść do niedotlenienia
i... kolejnej straty.
|
|
Wasze myśli...:
2
|
|
2011-12-06
Kochany Święty Mikołaju,
|
Hm... po tych słowach zapewne wiesz co będzie dalej, bo każde naiwne dziecko tak właśnie zaczyna swą niekończącą się listę upragnionych prezentów. I ja zaryzykuję, i z ufnością dziecka ośmielę się napisać ten list. Aczkolwiek mam pewne wątpliwości czy owe słowa dotrą do Ciebie Kochany Święty. Biorąc pod uwagę sentyment Polaków do wysyłania kartek z życzeniami w ostatnim momencie i pracę poczty polskiej to istnieje duże prawdopodobieństwo, że mój list dotrze do Ciebie na następną Gwiazdkę, jeśli w ogóle. A owszem mogłam go już wysłać kilka miesięcy temu w tzw. sezonie ogórkowym, wybacz nie pomyślałam, ale wiesz procesory mózgowe kobiety ciężarnej pracują w nieco zwolnionym tempie.
Nie mam pojęcia nawet czy zasłużyłam sobie na jakiekolwiek upominki, bo przecież dostają je tylko grzeczne dzieci. A ja... choć bardzo się starałam trzymać hormony na wodzy i nie zatruwać najbliższym życia, nie absorbować ich zbytnio własną osobą to jednak nie zawsze mi się to udawało. Wiedz, że bardzo, bardzo się starałam! A to chyba też się liczy, prawda?
No dobrze Kochany Mikołaju przejdźmy do konkretów. W tym roku pod choinką chciałabym znaleźć pudełeczko z niekończącym się limitem szczęścia, radości i miłości na cały rok dla mojej rodziny. Przydałby się też worek bez dna z dużą ilością środków finansowych a przynajmniej taki co by ich wystarczyło na całe dwanaście miesięcy. Możesz mi przynieść także dosyć sporą chochlę zdrowia fizycznego i tego psychicznego także. A za dwa miesiące niech w naszym domu zabrzmią najpiękniejsze odgłosy płaczu, śmiechu i kwilenia. Niech z każdego kąta walają się akcesoria niemowlęce, pieluchy, ubranka, smoczki, butelki...
Na koniec gorąco Cię pozdrawiam zwłaszcza w te krótkie, zimne dni. Wznoszę toast za Twoje zdrowie. Oczywiście filiżanką dobrej herbatki z miodem i cytrynką życząc Tobie i Twojej rodzinie Radosnych, Pogodnych i Wesołych Świąt.

|
|
Wasze myśli...:
2
|
|
2011-12-03
Kobieta ciężarna w społeczeństwie - prawdy i mity
|
MIT: Kobieta w ciąży ma prawo do bezpłatnej opieki medycznej niezależnie od tego, czy jest ubezpieczona, czy też nie!
REALNIE:
Gdyby tak było naprawdę to czy żądano by ode mnie dowodu ubezpieczenia na izbie przyjęć do szpitala. Zastanawiam się czy zostałabym przyjęta gdybym owego ubezpieczenia nie posiadała? Być może, ale wówczas musiałabym pewnie zapłacić za pobyt w szpitalu. Mało tego z pewnych przyczyn prawnych zakład pracy nie mógł mi wystawić RMUA w pierwszym miesiącu ciąży. Dostałam tylko oświadczenie, że jestem ubezpieczona czego nie chciano mi uwzględnić przy rejestracji do lekarza.
Ponadto z końcem roku pokończyły się specjalistycznym poradniom fundusze przyznane przez NFZ co wiąże się z tym, że za badania, ważne badania w moim przypadku, które mogą określić stan zagrożenia ciąży, musiałam zapłacić z własnej kieszeni.
MIT: Ciężarna ma prawo do bezpłatnego porodu rodzinnego i wyboru miejsca porodu bez względu na rejonizację.
REALNIE:
Owszem takowe prawo istnieje, ale nie każdy szpital się do tego stosuje. Przynajmniej z tego co zdążyłam się dowiedzieć to w klinice, w której chciałabym rodzić za poród rodzinny trzeba zapłacić. Ponadto chyba nie będę ryzykować przejechania 50 km do szpitala po to by usłyszeć, że nie ma miejsc i mam jechać do innego. Takie przypadki też mają miejsce czemu trudno się dziwić, bo nie położą mnie na podłodze w korytarzu. Mimo wszystko jest to dla mnie trochę smutne.
MIT: W wybranych urzędach, aptekach i sklepach wiszą karteczki oznajmujące, że pierwszeństwo mają uprzywilejowani m. in. kobiety w ciąży.
REALNIE:
Niestety polskie społeczeństwo w ogóle nie stosuje się do tego. Wielokrotnie stałam w gigantycznej kolejce w tłocznej, dusznej aptece, gdzie taka karteczka się znajduje, ale nawet nikt nie zwrócił na mnie uwagi. Mało tego! Niejedna starsza pani, która niby taka schorowana, ale dźwigać ciężkie siatki i stać na ulicy godzinami na pierdołach to ma siłę, a odstać swoje w kolejce to już nie. Nawet ciężarnej musi się wepchnąć!
Dobrym przykładem jest też moja własna przychodnia, gdzie oprócz ginekologa w tym samym czasie przyjmuje dwóch innych specjalistów. Poczekalnia malutka, zaledwie sześć krzesełek, które są zawsze zajęte przez panów w sile wieku, kobiety w moherowych beretach, dzieciaczki (które mają nawet swój kącik, ale mamusie nie pozwalają im z niego korzystać usadzając swoje pociechy na krzesełku obok siebie) i panienki z kilogramami makijażu i 10 centymetrowymi tipsami.
Być może gdyby co niektórzy nie krzyczeli, że ciąża to nie choroba to nastawienie społeczeństwa było by inne. Być może! Musimy sobie uświadomić to, że każda kobieta jest inna, każda ciąża jest inna a to co pokazują nam w telewizji jak to można wszystko w ciąży robić - i biegać, i pływać, i góry przenosić jest absolutną nie prawdą. Kilogramy na brzuchu, bóle krzyża i inne niedogodności nie pozwalają na tak aktywne życie jak sprzed ciąży. I to jest prawda! W ciąży wszystko się zmienia! To nie są już te czasy, kiedy kobieta ciężarna szła w pole i pracowała na równi z innymi, bo takie słowa często słyszę dookoła siebie... bo kiedyś to kobiety wszystko robiły... Pewnie, ale o tym, że niejedna ciąży przez to nie donosiła to już nikt nie mówi!
|
|
Wasze myśli...:
0
|
|
2011-11-01
|
Pewnego dnia nauczycielka poprosiła swoich uczniów, by wypisali na kartce
imiona wszystkich kolegów z klasy, zostawiając przy tym trochę miejsca obok
nich. Potem powiedziała do uczniów, by się zastanowili nad najmilszą rzeczą,
którą mogliby powiedzieć o każdym ze swoich kolegów i napisali to obok ich
imion. Trwało to całą godzinę, zanim wszyscy skończyli, i przed opuszczeniam
klasy oddali swoje kartki nauczycielce. W wekend nauczycielka napisała każde
nazwisko na kartce i obok niego listę miłych rzeczy przypisanych mu przez
kolegów. W poniedziałek każdemu z uczniów oddała jego lub jej listę. Już po
krótkiej chwili wszyscy się uśmiechali. "Rzeczywiście?", było słychać
szepty. "Nawet nie wiedziałem, że dla kogoś coś znaczę!" i "nie wiedziałem,
że inni mnie tak lubią", brzmiały komentarze. Nikt potem nie wspominał już o
tych listach. Nauczycielka nie wiedziała, czy uczniowie dyskutowali o nich
ze sobą lub z rodzicami, ale to nie było istotne Ćwiczenie wypełniło swoje
zadanie. Uczniowie byli zadowoleni z siebie i z innych.
Kilka lat później jeden z uczniów zmarł i nauczycielka poszła na jego
pogrzeb. Kościół był pełen przyjaciół. Jeden po drugim z tych,którzy kochali
lub znali młodego człowieka, przechodzili obok trumny i oddawali ostatnią
cześć. Nauczycielka podeszła jako ostatnia i modliła się przy trumnie. Kiedy
tam stała, ktoś z niosących trumnę powiedział do niej: "Czy była pani
nauczycielką matematyki Marka?" Skinęła: "Tak". Ten powiedział: "Mark bardzo
często mówił o pani. Po pogrzebie więkoszość szkolnych kolegów Marka zebrało
się razem. Byli tam również jego rodzice i wyraźnie czekali na to, by
porozmawiać z nauczycielką.
"Chcemy pani coś pokazać", powiedział ojciec i wyciągnął portfel z kieszeni.
"Znaleziono to, kiedy zginął Mark. Sądziliśmy,że pani to rozpozna" Wyjął z
portfela zniszczoną kartkę, która najwyraźniej sklejona, była wielokrotnie
składana i rozkładana. Nauczycielka wiedziała, nie patrząc, że była to ta
kartka, na której były miłe rzeczy, jakie koledzy napisali o Marku.
Chcieliśmy pani bardzo podziękować za to, że pani to zrobiła", powiedziała
matka Marka. " Jak pani widzi, Marek bardzo to cenił". Wszyscy dawni
uczniowie zebrali się wokół nauczycielki. Krzysztof uśmiechnął się i
powiedział: " ja też mam jeszcze moją listę. Jest w górnej szufladnie mojego
biurka". Żona Jana powiedziała: "Jan poprosił mnie, żebym wkleiła listę do
naszego ślubnego albumu". "Ja też ciągle mam swoją", powiedziała Monika.
"Jest w moim dzienniku" Potem Irena , inna uczennica, siędnęła to swojego
terminarza i pokazała wszystkim swoją porwaną i postrzępioną listę."Zawsze
noszę ją przy sobie", powiedziała Irena, i dodała: "Sądzę, że wszyscy
zachowaliśmy nasze listy".
Nauczycielka była tak wzruszona, że musiała usiąść i zaczęła płakać. Płakała
nad Markiem i nad wszystkimi koleankami i kolegami, którzy go nigdy już nie
zobaczą.
Żyjąc z bliźnimi, często zapominamy, Ze każde życie kiedyś się kończy i, że
nie wiemy, kiedy ten dzień nadejdzie. Dlatego należy mówić ludziom, których
się kocha, że są szczególni i ważni. Powiedz im to, zanim będzie za późno.
|
|
Wasze myśli...:
1
|
|
2011-10-28
A jednak...
|
Witaj Zuziu,
a jednak coś się wyjaśniło. Okazało się, że z tą trombofilią nie jest wszystko w porządku jak zapewniał pan doktor przez telefon. Na
szczęście czujne oko i upór w wyjaśnieniu sytuacji naszego lekarza prowadzącego nie zawiodło. Teraz do tego całego pięknego zestawu leków, które mamusia zażywa dojdzie kolejny - heparyna. W życiu nie brałam tyle leków co teraz. No ale nic, jak trzeba to trzeba najważniejsze żeby pomogły. Jestem już nawet umówiona na kolejne "wczasy" w szpitalu. Pan doktor stwierdził, że dobrze będzie mnie poobserwować.
Tak sobie gdybam i żałuje, że kiedy byłam z Tobą w ciąży to nie trafiłam do naszego pana doktora. Pewnie wszystko byłoby inaczej, pewnie byś była teraz z nami... Gdybym wtedy była taka mądra jak jestem dziś, gdybym dwa lata temu posiadała tą wiedzę, którą mam dziś... Cóż byłam głupia, niedoświadczona, świeżynka... ufałam lekarzowi, nie miałam pojęcia o tych wszystkich badaniach, lekarz też nic nie mówił, do tego nie miałam prawa marudzić, że coś boli czy jest mi ciężko bo dookoła tylko słyszałam "ciąża to nie choroba". Więc siedziałam cicho, wszystko robiłam... a Ty... a Ty powoli we mnie umierałaś...Przepraszam Cię... przepraszam za to, że nie byłam dostatecznie czujna!
|
|
Wasze myśli...:
0
|
|
2011-10-24
A ja rosnę i rosnę...
|
Ależ mijają te dni. Tydzień za tygodniem tak szybko ucieka. Za nami 24 tygodnie. Różnie bywało, ale drugi trymestr jest cudowny. Brzuszek zrobił się taki fajny, okrąglutki:) Wskazówka na wadze zaczyna podnosić się w górę. Dzidzia codziennie daje o sobie znać. A jak nie chce jej się ruszać to ucinamy sobie małą pogawędkę. Właściwie to jednostronny dialog o tym, że więcej takiej okazji nie będzie, żeby bezkarnie kopać mamusię:) Zaczęliśmy chodzić do szkoły rodzenia może dowiemy się czegoś nowego. Za dwa tygodnie zacznie przyjeżdżać do nas położna - nie wiem na czym będą polegać te wizyty, bo dwa lata temu takiej "troski" nie doświadczyłam. A ostatnio byliśmy na badaniu USG 3D. Cudownie było zobaczyć Kruszynkę na ekranie machającą do mnie rączką, usłyszeć bicie serduszka i co najważniejsze słowa lekarza: "wszystko prawidłowe".
Nie zawsze jest kolorowo, bo typowe dla tego okresu dolegliwości też są. Bóle krzyża, jajników, skurcze mięśni, problemy z założeniem butów etc. ale to wszystko ma swój urok. Dla mnie ciąża to najcudowniejszy okres w życiu i basta.
Zuziu Aniołku, prawdopodobnie będziesz mieć siostrzyczkę:)
|
|
Wasze myśli...:
0
|
|
2011-10-20
Dziś w duszy mi gra
|
Jak tam jest - Seweryn Krajewski
Tam wszędzie, gdzie nas nie ma
Tęskno mej duszy zawsze
Kolorem wszelkim kusi
To wszystko, co najdalsze dla mnie, lecz zostawię
Przede mną to pytanie
Jak tam jest? W tym niebie, siódmym niebie
Jak tam jest? Już nie wiem, czy chcę wiedzieć
Tam wszędzie, gdzie na pewno
Wyżej wzlatują ptaki
Gonione swą tęsknotą
Za nimi myśl wysyłam jasną
Niech o tym w mojej głowie krąg zatoczy
Jak tam jest? W tym niebie, siódmym niebie
Jak tam jest? Sam nie wiem, czy chcę wiedzieć
Jak tam jest? W tym niebie, siódmym niebie
Jak tam jest? Już nie wiem, czy chcę wiedzieć
Jak tam jest...

|
|
Wasze myśli...:
1
|
|
2011-10-15
DDU poraz trzeci
|
Osieroceni rodzice żyją pośród nas. Dla nich 15 października jest dniem szczególnym. Wtedy, w Dniu Dziecka Utraconego, obchodzą święto swoich córek i synów, którzy za wcześnie odeszli: wskutek choroby, wypadku, poronienia. Modlą się za nich lub do nich, odwiedzają malutkie i trochę większe groby, puszczają do nieba baloniki z imionami…
Od siedmiu lat obchodzimy w Polsce 15 października Dzień Dziecka Utraconego. Jego inicjatorem była grupa rodziców, którzy doświadczyli śmierci swoich dzieci. Postanowili się zjednoczyć i założyli organizację „Dlaczego. Organizacja Rodziców po Stracie oraz Rodziców Dzieci Chorych”.
Co roku 15 października w całej Polsce są odprawiane msze św. w intencji dzieci, które odeszły przedwcześnie. Odbywają się liczne spotkania osieroconych rodziców, są organizowane wystawy, pokazy filmowe. Rodzice wspominają zmarłe dzieci i puszczają do nieba baloniki z wypisanymi imionami.
W szczególnie trudnej sytuacji jeszcze do niedawna byli rodzice, których dzieci zmarły przed narodzinami. W przeciwieństwie do tych, którzy utracili żyjące dzieci, nie mogli liczyć ani na wsparcie, ani nawet na współczucie. Kilka lat temu problem utraty dziecka wskutek poronienia – a tak kończy się aż 50% ciąż – nie istniał w społecznej świadomości. Był pomijany i przemilczany, a osieroceni rodzice nie znajdowali pomocy. Teraz w różnych miastach Polski działają grupy wsparcia dla rodziców po stracie. Są profesjonalne warsztaty terapeutyczne prowadzone przez instytucje specjalizujące się w pomocy psychologicznej, spontanicznie powstają grupy osób wspierające się wzajemnie. Służą temu m.in. strony internetowe takie jak www.poronienie.pl czy www.dlaczego.org.pl, na których można przeczytać poruszające świadectwa.
tekst pobrany ze strony:
http://www.dlaczego.org.pl/d/index.php?option=com_content&task=view&id=598&Itemid=98
|
|
Wasze myśli...:
2
|
|
2011-10-06
Dzień Dziecka Utraconego, czyli 15 X ... coraz bliżej
|
Poronienie samoistne, którego w Polsce, każdego roku doświadcza ok. 40 000 kobiet oraz martwe narodziny (ok. 2000 rocznie), traktowane są w świadomości społecznej jako zabieg medyczny. Tymczasem dla rodziców to dramat, który pozostawia ślady na całe życie. Utracone dziecko, to jednocześnie stracone nadzieje i marzenia. Wiele matek, które doświadczyły straty nie otrzymuje żadnego wsparcia od najbliższych. Ich ból jest niezrozumiały dla otoczenia. To temat tabu, o którym nie wypada głośno mówić. Najbliżsi dowiadując się podobnej tragedii w rodzinie, czy wśród znajomych czują ogromne zakłopotanie w stosunku do rodziców, których to dotknęło. Ich próby pocieszania wskazują na kompletne niezrozumienie tragedii, jaką jest dla rodziców śmierć każdego dziecka („ciesz się, że to stało się tak wcześnie, a nie pod koniec ciąży”, „przecież dziecko i tak było bardzo chore, mielibyście same kłopoty”, „jesteś młoda, urodzisz jeszcze niejedno dziecko”). Strata dziecka wiąże się ze znacznym obniżeniem własnej wartości i poczuciem winy za to co się stało. Przy braku pomocy, taka sytuacja często prowadzi do długotrwałej depresji i załamania.

|
|
Wasze myśli...:
1
|
|
| słów kilka |
|
| NieznajomaPannaN |
|
|
|
| Ze wszystkich istot najtrudniejszą do poznania i zgłębienia jest człowiek; najwięcej jest w nim bowiem dwoistości i udania, ukrywania i sztuczności;(...) |
| Zobacz mój profil |
|


Nie płacz kochana Mamo
ja patrzę na Ciebie co rano.
Jak tylko oczka otworzę
i skrzydła anielskie rozłożę
to zaraz lecę do Ciebie
pomimo, że jestem tu- w Niebie
Lecę, by Ciebie utulić,
do serca mego przytulić
głaskać Twe włosy rozwiane
i skleić serce złamane.
I znajdziesz mnie w listku na drzewie
I wiatru ciepłym powiewie
I w jasnym słońca promieniu
I w ptaku co siadł na ramieniu.
W tatrach i szumie morza
W tęczy łuku, barwnym jak zorza
W tatusia czułym uścisku
Bo jestem tak bardzo blisko...
I śpiewam Ci liści szelestem
I kocham - przy Tobie jestem
W zachodzie i wschodzie słońca
Ja będę z Tobą do końca..."


Nieco wspomnień

Pierwsze i ostatnie zdjęcie we trójkę

Dwa tygodnie przed rozwiązaniem jeszcze tynialiśmy na weselu:) i może to był bład, bo noc wcześniej była bardzo kiepska:(

ostatnie chwile szczęścia

Jedyna pamiątka po Tobie to te zdjęcia...

DDU Poznań 2009
|
| myśli troszkę przykurzone |
|
|
Księga gości
| Statystyki |
Liczba osób które odwiedziły mojego bloga:
3200
|
Liczba osób które skomentowały mojego bloga:
55
|
|
Liczba osób które wpisały sie do Ksiegi Gosci:
3
|
|
|